,,Zagórze to mała wieś, z której mieliśmy 4 km do Rudek. Do Sambora jeździliśmy 16 km w każdy czwartek, ponieważ tego dnia było targowisko, gdzie zjeżdżało się mnóstwo ludzi z okolicy. Można było sprzedać, kupić, wymienić towar. Do Lwowa jeździliśmy furmankami rzadziej, ponieważ odległość wynosiła 25 km. W Zagórzu mieszkało mało Polaków, większość stanowili Ukraińcy. Owszem była szkoła, do której chodziły dzieci polskie i ukraińskie, ale nie było świątyni katolickiej, była tylko cerkiew. Do kościoła chodziliśmy do Rudek- 4 km dalej. W Zadwórzu było około 190 numerów domów. Polskich domów było 30- 50, resztę stanowili Ukraińcy.

Pamiętam swoich szkolnych nauczycieli. Był to Ukrainiec pan Słupski, który nosił okulary, a jego atrybutem był kij w ręce. Nauczyciel ten bił nieznośne dzieci. Był też nauczyciel Polak pan Dąbrowski. On to dopiero bił dzieci, jak nie wiem. Kiedyś to nauczyciele mogli bić dzieci w szkole, a poza tym chłopaki byli tak niegrzeczni, dawali się we znaki, że trzeba ich było bić. Kiedy przychodziło się do szkoły, to trzeba było odmówić pacierz w języku polskim- „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Wówczas Ukraińcy składali ręce jak do modlitwy i w milczeniu odmawiali swój pacierz po Ukraińsku. W szkole zawsze wisiał krzyż, a ksiądz z Koniuszek- bo tam chodziliśmy do kościoła- przyjeżdżał rowerem uczyć nas religii, która zawsze była w czwartek. Ksiądz nazywał się Miaciej Sieńko. Był to bardzo dobry ksiądz. Zawsze dawał dzieciom obrazki i robił im zdjęcia. Kiedy 6 czerwca 1939 r. szłam do pierwszej komunii świętej, to ksiądz dla wszystkich zrobił obiad na plebanii. Moja ulubiona piosenka lat dziecinnych brzmi następująco:

,,Jadą, jadą dzieci drogą siostrzyczka i brat,
I nadziwić się nie mogą jaki piękny świat.
Obok mokry bocian leci, żabkę w dziobie ma,
Bocian, bocian krzyczą dzieci,
A on kla, kla, kla.
Hen zagania wołki siwe, fujareczka gra,
A pastuszka bosonóżka, siwe wołki gna’’.

Mimo że w Zagórzu większość stanowili Ukraińcy, to nie miało to znaczenia dla wiejskich stosunków polsko-ukraińskich. Ukraińcy obchodzili swoje święta, a Polacy swoje. Polacy chodzili do kościoła w Koniuszkach, a Ukraińcy do cerkwi z Zagórzu. Ukraińcy zapraszali Polaków do świętowania swoich świat, w zamian Polacy zapraszali Ukraińców do swoich domów w święta. Nie było podziału to Polak, a to Ukrainiec. Ludziom żyło się dobrze. Mojej mamy siostra wyszła za mąż za Ukraińca Wichorka, przejęła ich zwyczaje i religię, dlatego każde święta ukraińskie spędzaliśmy u nich. Obchodziliśmy wspólnie Boże Narodzenie, Wielkanoc, malowaliśmy jajka, a dokładnie czerwone cybuloki, bo barwione były cebulą.

Sytuacja Polaków w Zagórzu zaczęła zmieniać się około 1941/ 1942 r. kiedy to Ukraińcy zaczęli się buntować, że nie będą słuchać Polaków. Był to czas kiedy Polacy zaczęli sie bać Ukraińców. Polacy zaczęli pilnować się nawzajem. W Zadwórzu było czterech braci ojca, słyszałam, jak umawiali się, że dzisiaj pójdziemy tu, dzisiaj będziemy tam, pilnowali się nawzajem. Kobiety natomiast chowały się w kukurydzy, albo chowały się gdzieś u jakiejś rodziny ukraińskiej. Naprzeciwko mieszkała dalsza ciotka Ukrainka, wdowa, która informowała nas kiedy Ukraińcy mogą na nas napaść. Ukrywaliśmy się u tej ciotki do momentu, aż którejś nocy usłyszeliśmy do okna natarczywe pukanie i zaglądanie do środka. Okazało się, że do ciotki zalecał się niejaki Mucha, który był znanym bandrowcą w naszej wsi. Przystraszyliśmy się i przestaliśmy tam chodzić.

Ataki Ukraińkie były coraz częstsze. Słyszeliśmy, że na Wołyniu ma miejsce rzeź. Relacje polsko-ukraińskie przestały istnieć. Wcześniej jeżeli jakiś Polak zakochał się w Ukraińce, to się z nią żenił I na odwrót. Teraz nie było o tym mowy. Polak żenił się z Polką, a Ukrainiec z Ukrainką. Chcieli samostijnej Ukrainy. Krzyczeli: Polaki za San.
Polska była w Zagórzu i wcześniej nikt nie mówił Ukraińcom, że to Polska nasza. To była Polska wszystkich; Polaków, Ukraińców, Żydów. Oni nas wyrzucali z naszej ziemi. Musieliśmy opuścić Zagórze.

Decyzję o wyjeździe podjął ojciec, który lubił politykować, a na dodatek interesował się wszystkimi sprawami. Konkretną decyzję wyjazdu za San wydała Głowa wioski, taki szef naszej wsi. Niestety był problem, bowiem po Głowę tego dnia przyjechali banderowcy, zabrali go i powiesili w lesie. Miejsce to miało zdarzenie w dzień, w który wyjeżdżaliśmy. Nie było nawet komu przekazać podwodę”.

Wywiad przeprowadzony z Franciszką Gawluk mieszkanką powiatu polkowickiego 13.07.2020 r.

Shopping Cart
Przewiń do góry